Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

Plemię Bateq- czyli witamy w najstarszej na świecie dżungli!



Nim przejdę do słów pisanych pragnę zaznaczyć, że wszystkie zdjęcia tu prezentowane są zrobione za zgodą członków plemienia, a opłata za fotografowanie na terenie Parku Narodowego Taman Negara została przeze mnie uiszczona.

Jeśli ktoś dwa lata temu powiedziałby mi, że swoje 27 urodziny spędzę w dżungli to pewnie posądziłabym owego osobnika o zbyt wybujałą wyobraźnię. Dziś mogę powiedzieć, że bardzo trudno będzie przebić zeszłoroczny sposób w jaki spędziłam swoje małe święto. Z dala od rodziny, przyjaciół, bez ciasta i świeczek, ale za to otoczona najstarszą dżunglą świata, rzeką, w wiosce z kilkoma skromnymi domami i guesthousami i pływającymi „restauracjami“.

O poranku spaliłam z tysiąc kalorii wspinając się po szlaku przy upale i blisko stuprocentowej wilgotności powietrza, uciekałam przez spragnionymi krwi pijawkami, walczyłam także ze swoim lękiem wysokości przemierzając najdłuższe na świecie canopy walk, a po południu udałam się na szaloną przejażdżkę łodzią, po której ubrania schnęły ponad 3 dni, po to by dzień zakończyć w niewielkiej wiosce zamieszkiwanej przez plemię Bateq.



Było to niewątpliwie jedno z najcudowniejszych doświadczeń mojej malezyjskiej przygody. Dzięki naszemu przewodnikowi, który przez dwa lata mieszkał pośród członków plemienia mogliśmy przyjrzeć się życiu tutejszych mieszkańców z bliska, zajrzeć do ich chat, nauczyć się, jak polować za pomocą dmuchawki czy rozpalać ognisko przy pomocy dwóch rodzajów drewna. I choć niespodziewana ulewa (chociaż ulewę w lesie deszczowym powinniśmy przewidzieć) utrudniła nam nieco spacer po zakamarkach wioski, (spróbujcie chodzić w japonkach po błotnistych zboczach), zalała nieco sprzęt przez co znacząco wpłynęło na jakość zdjęć, to i tak są to jedne z moich ulubionych utwalonych obrazów.






A jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o plemieniu tu zapraszam do wpisu, który stworzyłam w dniu tamtej przygody (nieco zmodyfikowany)

Szalona łódź i odwiedziny w plemieniu Bateq

- ruszamy o 3. Ubierz shorty, krótki rękawek i japonki i weź wodoodporną torbę, bo będziemy się trochę bawić- słyszę od przewodnika, gdy rezerwujęwycieczkę”. Nie bardzo wiem czego mam oczekiwać więc podekscytowana wsiadam na pokład łodzi, gdzie po raz kolejny prosi się nas o zabezpieczenie wszelkiego sprzętu i włożenie kamizelek. Oho, zapowiada się niezła zabawa!
Wszystko staje się jasne, gdy po 3 minutach przewodnik daje sygnał naszemu kapitanowi, a ten zaczyna gwałtowanie kołysać łódką tak, że tworzące się fale wpadają na pokład i zderzają się z naszymi twarzami. Po mniej więcej 2 sekundach jesteśmy mokrzy od stóp do głów, plujemy wodą i zaśmiewamy się do łez. Kapitan nie ma dla nas litości i powyższą czynność powtarza jeszcze kilkakrotnie powodując za każdym razem gwałtowne salwy śmiechu. Tym oto sposobem pierwszy raz odkąd jestem w Malezji, marznę (obecnie także kicham). Jestem w siódmym niebie , ale jeszcze nie wiem, że największa atrakcja dopiero przede mną.
Przemoczeni do suchej nitki (suszę ubrania od 6 godzin, w dalszym ciągu nie nadają się do użytku) docieramy do wioski zamieszkiwanej przez plemię Bateq.





Siądźcie wygodnie i posłuchajcie:

Za górami, za lasami deszczowymi, w samym środku malezyjskiej dżungli mieszka plemię Bateq. Przodkowie plemienia przywędrowali tu z Papui-Nowej Gwinei, co natychmiast wyjaśnia zagadkę ich oryginalnego, niczym nie przypominającego Malezyjczyków wyglądu. Mieszka tu około 7 rodzin, co daje łączną liczbę około 70 osób. Kontrola urodzeń, ma się rozumieć, tu nie istnieje więc posiadanie 8 dzieci jest czymś normalnym, choć dla wielu kobiet posiadanie ponad 10 potomków jest czymś normalnym. Zazwyczaj plemiona zamieszkujące dżungle Malezji przemieszczają się co kilka lat. Jest to spowodowane faktem, że po jakimś czasie zwyczajnie zaczyna brakować jedzenia. Plemię, które odwiedzamy ma to szczęście, że w zasięgu ich ręki rośnie całkiem sporo drzew owocowych, a odwiedzający ich turyści płoszą dzikie zwierzęta, co sprawia, że spokojnie mogą hodować oni kury, a to z kolei wzbogaca ich zapas jedzenia (haaa, jest jakiś plus tej turystyki!). To właśnie przyczynia się do faktu, że plemię Bateq nie wędruje tak często, jak mają to w zwyczaju członkowie innych plemion.
Mieszkańcy żyją z dala od cywilizacji, choć nie jest już tak, że nie mają z nią żadnego kontaktu. Najbliższa wioska znajduje się jakieś 20 minut drogi łodzią od ich miejsca zamieszkania, a 20 procent spożywanych przez nich produktów pochodzi ze sklepów.





Od kilku lat malezyjski rząd oferuje im darmowe domy i ziemię, bezpłatny dostęp do szkół, szpitali, ale członkowie plemienia nie chcą z tego korzystać. I wcale im się nie dziwię. Są szczęśliwi. Dzieciaki biegają po wiosce zaśmiewając się przy tym głośno, przez kilka minut obserwuję ich wodne zabawy, ale gdy tylko obdarzam im uśmiechem są nieufne i chowają się za chatami.













W wiosce jest dwóch lekarzy: kobieta i mężczyzna. Ze względu na to, że mężczyźni często wybierają się na kilkunastodniowe wyprawy do dżungli i lekarz rusza z nimi, potrzebny jest ktoś, kto w razie sytuacji kryzysowej zostanie na miejscu, stąd obecność lekarki. Co 2 miesiące do wioski przyjeżdża także „prawdziwy”, wyuczony lekarz, od czasu do czasu przepisując jakieś leki, ale plemię rzadko z nich korzysta sceptycznie podchodząc do znanych nam sposobów leczenia.
Tutejsze dzieci nie chodzą do szkół. Do 12 roku życia uczą się zasad życia w dżungli, w wieku 12 lat są wysyłane do innego plemienia, gdzie przez 4 kolejne lata będą uczyły się zasad przetrwania w dżungli. Dlaczego nie uczą go tego rodzice? Bo zazwyczaj takie nauki nie przynoszą tak dobrych skutków: dzieci lubią znajdywać wymówki, a rodzice lubią ustępować. Stąd też od pokoleń działa plemienny erasmus ;) Po 4 latach wyrośnięte już dziecko ma prawo zadecydować czy chce wrócić do swojej rodzinnej wioski czy też woli ułożyć sobie życie wśród swoich nauczycieli. Pytamy czy jeśli ktoś chciałby opuścić życie plemienne i pojechać do miasta miałby taką możliwość czy spotkałby się z ostracyzmem ze strony swojej rodziny. W odpowiedzi słyszymy, że wszelkie decyzje podejmowane są przez daną jednostkę, nie ma żadnego przymusu.





Rytuały związane ze śmiercią są bardzo ciekawe. Gdy umiera jakiś członek plemienia cała wioska na minimum 7 dni musi przenieść się do innego miejsca, w praktyce wygląda to tak, że rzadko kiedy plemię szuka nowego lokum tylko na tydzień, najczęściej oddala się na kilka lat. Ciało nie jest grzebane ani palone. Zamiast tego buduje się na wysokim drzewie niewielką chatkę, w której kładzie się ciało, pod drzewem umieszcza się przedmioty należące do zmarłego, a także świeże jedzenie, po czym zostawia się tam zwłoki na kolejne 3 lata, zaznaczając jakoś to miejsce, na przykład wieszając na drzewie butelkę. Po 3 latach (zasada ta nie dotyczy dzieci do 12 roku życia) rodzina zmarłego wraca w to miejsce i zakopuje pod drzewem kości zmarłego członka rodziny. W przypadku śmierci dzieci sprawa wygląda nieco inaczej. Ciało dziecka zanosi się w głąb dżungli, szuka się dużego drzewa, które jest puste w środku, tam chowa się ciało dziecka, zakrywa się wszelkie otwory drzewa, tak, by nie mógł się tam dostać żaden drapieżnik, po czym rusza się dalej. Rodzina nigdy więcej nie wraca do tego miejsca.

Gdzieś pomiędzy prezentacją rozpalania ognia, a opowieściami o życiu plemienia zrywa się potężna ulewa. Dżungla nabiera jeszcze piękniejszego wyglądu. Nad lasami pojawia się mgła, a miejsce to wygląda magicznie. Przechadzamy się pomiędzy chatami przyglądając się tutejszym mieszkańcom i ich czworonożnym przyjaciołom (?). Dzieci pałaszują właśnie chipsy, kobiety idą nad rzekę i tam robią pranie, mężczyźni przygotowują dmuchawki. Stoję jak urzeczona i nie mogę uwierzyć, że dotarłam do tak niezwykłego miejsca. I to w swoje urodziny!
Nie wiem co wymyślę za rok, ale wiem, że trudno będzie przebić ten dzień!











środa, 14 czerwca 2017

Grindelwald First czyli witajcie w alpejskim raju!


Grindelwald. Jedno z tych miejsc, do których lubię wracać. Nie powstrzymuje mnie długa podróż pociągami, przesiadki, wczesne wstawanie i wysoka cena. Obok Engelbergu i Kandersteg jest to mój górski raj i pewnie odwiedzę go jeszcze kilkanaście razy.





Do ubiegłej niedzieli miałam okazję podziwiać uroki tego miasteczka wyłącznie w zimowej odsłonie. Grindelwald to nie tylko górskie wędrówki, ale przede wszystkim jedna z najbardziej znanych wiosek narciarskich i... posiadacz najdłuższej trasy saneczkowej na świecie. Kto czytywał moje anonimowe wypociny na starym blogu ten może jeszcze pamięta historię tamtego dnia, gdy wzniosłyśmy się ponad chmury, po czym zjeżdżając wjechałyśmy w tak gęstą mgłę/chmury, że moja słowacka towarzyszka niemal straciła życie w czasie naszej saneczkowej przygody. Ahhh, to były czasy! Jedno jest pewne: mimo siniaków i niejednokrotnie pionowych spadów sanki w Grindelwald to jedna z rzeczy, którą absolutnie trzeba zrobić mieszkając w Szwajcarii (lub ją odwiedzając). Skoki adrenaliny gwarantowane!

Powrócę jednak do ubiegłego weekendu. Tym razem zamiast śniegu towarzyszyło nam palące Słońce i wspaniałe widoki. Po dłuuugiej jeździe i 3 przesiadkach pozostał nam ostatni etap: kolejna linowa. Bo widzicie, niektórzy z Was pewnie już wiedzą, że chodzenie po górach w wydaniu Panny D. polega na wjechaniu kolejką do góry i kilkugodzinnym schodzeniu na dół. Panna D. zdecydowanie nie przepada za wchodzeniem pod górę, a skoro ma czerpać radość z wycieczki, to się do tego nie zmusza. Einfach.






Wybór padł na Gindelwald First- to samo miejsce, w którym zaczyna się pierwszy etap wspomnianej trasy saneczkowej. Położony na wysokości 2’167 m n.p.m przystanek to nie tylko niesamowite widoki na zaśnieżone szczyty Alp, ale i restauracja, metalowa konstrukcja, po której można przejść się nad przepaścią i Flyer- czyli jedna z pierwszych na świecie tego typu atrakcja- przypominający huśtawkę zjazd, który osiąga 800-metrów. Można osiągnąć prędkość 84km/h, a w niektórych momentach jest się na wysokości 50 metrów. Wygląda to tak: https://www.youtube.com/watch?v=TF8eNm9cKdA
Choć ta atrakcja od kilu lat znajduje się na mojej TO DO LIST, z bólem serca postanowiłam odłożyć ją na raz kolejny. Do przejścia mieliśmy blisko 20km, a godzina nie była już tak wczesna.

Przystanek I: Bachalpsee. Nim jednak dojedziemy do tego cuda natury zdążę zrobić jakieś 100 zdjęć, utknąć w śniegu, stoczyć bitwę na kulki śnieżne, porozmawiać z lisem, który przebiegł nam drogę, a następnie cieprliwie pozował do zdjęć, powzdychać, wspomnieć 23 razy, że jestem głodna i bolą mnie nogi, wypić 1,5 litra wody i stwierdzić, że potrzebna mi toaleta etc. Wędrówki z panną D. nie należą do łatwych. Tylko prawdziwi śmiałkowie się na nie piszą. W końcu docieramy jednak do upragnionego celu i spożywamy kanapki siedząc na trawie i mając przed sobą jezioro i alpejskie wioski. Siedzimy urzeczeni, a ja właśnie w głowie dodaję to miejsce, do moich ulubionych miejsc w Szwajcarii. Mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą choć trochę uroku, jakim charakteryzuje się ten region.


Dalsza wędrówka to także czysta przyjemność, choć nie zawsze należy do łatwych. Ale przy takich widokach, polnych kwiatach, wodospadach i rzeczkach trudny wędrówki tracą na znaczeniu. Po kilkudziesięciominutowym marszu w końcu docieramy do restauracji, gdzie zaspokajamy swoje pragnienie, po czym ruszamy w dalszą drogę, przez las, trasą kwiatową. W oddali słyszymy dzwonki moich ulubienic, choć tym razem żadnej z nich nie zobaczymy z bliska (jedyny minus wycieczki).
















Gdy dochodzimy do pierwszego z przystanku kolejki linowej opadam z sił. żal mi świeżego powierza, ale wiem, że nie zdołam zejść o własnych siłach na sam dół. Z gburowatą miną decydujemy się na zajzd kolejką i gdy już chcemy kupować bilety nasz widok pada na Trottibike: hulajnoga skrzyżowana z rowerem. Po kilkuminutowym wahaniu "bo ja się na tym zabiję" wkładamy na głowy kaski i juuuuupiiii! po chwili z prędkością światła (cholernie szybkie dziady!) mkniemy już po drodze pośród pól, łąk, wiosek i alpejskich szczytów. Zjazd zajmuje nam blisko pół godziny (z przystankami na zdjęcia i rozprostowanie dłoni spoczywających na hamulcach) i muszę przyznać, że to jedna z najlepszych rzeczy, jaką przyszło mi robić w Szwajcarii. Także do sanek dopiszcie Trotiibike.






Dzień chyli się ku końcowi, ale Słońce wciąż niemiłosiernie pali. Zmęczeni, spragnieni kierujemy swoje kroki w stronę restauracji, gdzie ledwo żywi wmiatamy w siebie pierwszy tego dnia ciepły posiłek. w towarzystwie 26 Azjatów, którzy przed rozpoczęciem uczty wykrzykują jakieś hasła i klaszczą. Jakże ja za tym tęskniłam!
Swoją drogą chyba nigdy w Szwajcarii nie spotkałam takiego skupiska Azjatów, byli wszędzie: w restauracjach, na szlaku, w sklepach, w pociągu, w toaletach, a gdy wsiadamy do pociągu powrotnego jesteśmy jedynymi "białymi" w całym wagodnie. Niektóre restauracje wystawiają już nawet menu po japońsku.

A my póki co kierujemy się w drogę powrotną.

2 tramwaje, 7 pociągów, 1 kolejka linowa, 1 Trottibike, masa przepięknych widoków, ponad setka zdjęć, kilkaset spalonych kalorii i nowe przygody. Całkiem nieźle jak na jeden dzień.